Z pamiętnika rozgoryczonej blogerki cz. 3 – dokąd zmierza ten „internetowy świat”?

Do posłuchania podczas czytania 🙂

Owszem – znowu mnie nie było. Ale to już żadna nowość. Tym razem miałam jednak zdecydowanie poważniejsze powody, i dlatego musiałam trochę odpocząć, zebrać myśli…

Tym samym wymyśliłam też małe zmiany na blogu, ale tym zajmę się już wkrótce. O decyzji – jednej z ważniejszych w moim życiu – jaką podjęłam zrobię osobny post. Muszę się do tego trochę przygotować, bo może być dość emocjonalnie.

Poniższy tekst zawiera dużo szczerości, ale także ironii i lekkiego spojrzenia na temat. Także nie oburzajcie się. Chociaż nie jestem pewna, czy ludzie w obecnych czasach jeszcze wiedzą, co to ironia…

A co dzisiaj na tapecie? Blogerki. Internet. XXI wiek.

Ostatnio poświęcałam nieco więcej czasu na przeglądanie aplikacji Instagram czy Snapchat, czy na oglądaniu filmików (vlogów) na Youtube. I zaczęłam się zastanawiać: „dokąd zmierzamy? Gdzie jest granica?”. Najnormalniej w świecie zaczęłam tęsknić za czasami, gdy dzieciaki nie miały telefonów komórkowych, internet nie był wszechobecny…gdy spędzaliśmy czas razem. Naprawdę razem. Poświęcając go na rozmowę, zabawę – a nie na gapieniu się w ekran. Tęsknię za czasami, kiedy to spotykałam się ze wszystkimi znajomymi na podwórku przed blokiem (serdeczne pozdrowienia dla całej „ekipy” – trochę nas było), spędzałam tam całe dnie. Wiem. Wszystko zależy także od wychowania i zachowania rodziców, ale sami spójrzcie: co teraz robią rodzice?

Oni także używają Snapchata, pokazują swoje dzieci. A przecież w tej aplikacji można zobaczyć naprawdę dużo. To samo na Facebooku – czy Wasi rodzice rozdawali ulotki na mieście z Waszymi zdjęciami? Bo czuję, że tak to trochę teraz wygląda. W porządku. Może jestem zbyt krytyczna i – po raz kolejny – aspołeczna. Ale przyznajcie: mi brakuje tylko jeszcze podzielenia się zdjęciem brudnej pieluchy z komentarzem: „Pierwsza kupka!!”.

Żyjemy w czasach, w którym głównym źródłem przekazu staje się obraz. A ja wiem o tym lepiej, niż zdajecie sobie z tego sprawę. Ciekawe, czy ktokolwiek dobrnie do końca tego tekstu, a nie będzie tylko szukał zdjęć. A tych może być tutaj bardzo mało. Widzę to na stronie bloga na Facebooku – kiedy wpis jest tylko tekstem, nie ma żadnego lajka. Ale dodaj zdjęcie. Pytanie tylko: „zalajkowali” dla zdjęcia, czy tekstu?

A co mnie skłoniło do refleksji? Snapchat i blogerzy (o czym niebawem powstanie zabawny post ;))

frabz-You-took-a-screenshot-of-my-snapchat-I-trusted-you-ae99d7Źródło: http://www.thisonesite.com

Pokazują wszystko. Owszem – nie wszyscy. Tutaj się zgadzam. Szanuję tych blogerów, którzy oddzielają grubą kreską życie prywatne od „zawodowego”. Bo w niektórych przypadkach mam wrażenie, że mogę już tylko czekać na dogłębną relacją na Snaptchacie z porodu…albo z samego aktu zapłodnienia. Tak. Jestem złośliwa. A najgorsze jest to, że dobrze mi z tym.

O tej aplikacji mogłabym chyba napisać drugą pracę magisterską. To taki „mniejszy i łatwiejszy w obsłudze Youtube”. Blogerzy się cieszą – bo to takie niby prawdziwsze. Bo nie da się zmontować filmiku. Ale przecież najpierw możesz go obejrzeć i powtórzyć nagranie. I to ciągłe chodzenie z telefonem w ręku. Jak to jest oglądać świat, przez obiektyw tego małego aparaciku? Przyznam się szczerze: chciałam być troszkę bardziej aktywna na Snaptchacie, ale niestety. Nie potrafię. Dodaję tylko zdjęcia. I osobiście zdecydowanie wolę Instagram. Gdybym miała coś nagrywać na Snaptchacie, spacerować z telefonem w dłoni, gadać, pokazywać gdzie idę – to nie byłabym ja. Oszukiwałabym sama siebie. Na dodatek przecież codziennie musisz coś nagrać – inaczej fani – ups…obserwatorzy – będą zawiedzeni i zasypią Twoje konto na Instagramie pytaniami: „co się dzieje? Jesteś chora? A może ma problemy? Zostawcie ją w spokoju!” A może ktoś po prostu miał ochotę się „wylogować”? To także ciekawe zjawisko. Kiedyś, gdy na przykład długo nie przychodziliście do szkoły czy nie kontaktowaliście się ze znajomymi – dzwonili, przychodzili. A teraz? Wstawiłeś dzisiaj zdjęcie na Instagram – super, żyjesz.

Zastanówcie się: kiedy ostatni raz ktoś do Was zadzwonił? Bo martwił się o Was i chciał Was usłyszeć. Nie okłamujmy się. Nasze kontakty stają się płytkie. Piszemy krótkie wiadomości, coraz częściej skracając wyrazy (ostatnio mam problem z polską młodzieżą, bo nie rozumiem czasami o czym mówią…a słownik też nie chce tłumaczyć), robiąc błędy, nie stosując interpunkcji. Nie jestem ideałem. Ale zapytajcie moich znajomych: moje wiadomości zazwyczaj są długie, mają kropki, przecinki, zachowaną ortografię!

Stajemy się powoli analfabetami. Kiedy ostatni raz przeczytaliście książkę? Nie. Nie poradnik. Powieść. A kiedy ostatni raz ręcznie napisaliście list i go wysłaliście? Pamiętam, jak w czasach chyba gimnazjalnych wymieniałam listy z koleżanką. Widziałyśmy się codziennie w szkole, ale taka dodatkowa forma wydawała się naprawdę interesującym urozmaiceniem.

W internecie chwalimy się WSZYSTKIM. I chyba to najbardziej przeraża mnie wśród młodych dziewczyn zakładających teraz blogi. „Kto mi pomoże nawiązać współpracę? Jak założyć bloga, na którym będę zarabiać? Patrzcie, rodzice kupili mi torebkę Micheala Korsa!” – kupili, a co mieli zrobić? Wszystkie mają, nie możesz być gorsza. Pamiętam te czasy w szkole. Błagało się rodziców, bo „inni mieli”. Tylko, że u nas na WF-ie to wszyscy nosili takie…granatowe tenisówki. Kupowało się je w CCC chyba, albo jakimś osiedlowym sklepie. Halówki! Właśnie. A potem brało się długopis i bazgrało. Żeby się trochę wyróżnić. A potem zaczynały śmierdzieć…

aa4a40adcc10e567f93eb9465cc7adea,62,37Źródło: http://www.zapytaj.onet.pl

Założę się, że 80% dzieciaków odmówiłoby teraz noszenia takiego „badziewia”. Teraz trzeba mieć Nike Air Max Thea, albo Adidas, albo Reebok…inaczej – z czym do ludu?

To dlatego zawsze powtarzam, że pisze bloga z pasji. Nie zarabiam na nim ani grosza. Współpraca? Jak dadzą mi halówki to zareklamuję! Wtedy to się nawet poświęcę i stworzę „outfit”.

O! I tutaj właśnie przechodzimy do następnego etapu, tego co mnie wkurza. Outfit, mega, sztos (nadal nie do końca kumam), must have, hejter, shopping haul, unboxing, cheat meal. Że ja przepraszam? Tak, rozumiem, ale chyba żyjemy w Polsce? Sama staram się używać jak najrzadziej słów pochodzenia obcego (nie wiem dlaczego, ale w ostatnim czasie, jak już mówię po polsku to „jadę gwarą” – także wuchta wiary niech przeczyta ten post, tej!), tym bardziej, jeżeli z kimś rozmawiam. Ale faktycznie: strój dnia, odpudełkowywanie czy posiłek oszustwo? Wybaczcie, ale śmiać mi się chce.

Chociaż te „cheat meal” to też jest ciekawe zjawisko. W sumie od razu kojarzy mi się z Happy Meal (post zawiera lokowanie produktu McDonald – marka o tym nie wie i nie zapłaciła :P). Chociaż może najpierw powinnam wspomnieć o modnej ostatnio „diecie pudełkowej”. Pamiętaj: zaczynasz przygodę z fitnessem? Biegnij do Ikei (w sumie dziwne, że jeszcze nikt z nimi nie współpracuje…), kup pudełka plastikowe, takie do przechowywania jedzenia. Kiedyś to się chlebak nosiło. Pamiętacie jak to ustrojstwo potrafiło się zassać, albo za mocno zacisnąć w plecaku? Umieraliście z głodu i nie mogliście go otworzyć. A tam czekała pyszniutka kanapeczka: buła z serem i szynką. Luksusem była sałata albo pomidor… Ale nie teraz. Nie zapomnijcie jesteście na masie: kurczak, ryż, warzywka.

Nie wiem, jak Wy…ja jem cheat meal codziennie. Ba, nawet dwa razy dziennie. I to żalenie się na Snaptchacie: „Ta czekolada tak patrzy, ale nie, nie mogę…”. Od kawałka nie zrobisz się gruba! Osobiście uważam, że dieta w której musiałabym w 100% zrezygnować z jakiegoś produktu (mam tutaj na myśli słodycze) i w żadnym wypadku nie mogłabym ich tknąć…wybaczcie. Możecie mnie od razu wysłać do zakładu zamkniętego. Nie chodzi o to, że macie zeżreć całą tabliczkę czekolady (nie…nie tą małą…tą wielką!), ale przecież od jednego kawałeczka czekolady nie umrzecie i nie utyjecie. Jak to przeczytałam w Tłusty Czwartek: „Nie zwalaj na pączki, byłaś gruba wcześniej”.

Todays-not-my-cheat-meal-resizecrop-Źródło: http://www.fitproclientrecipes.co.uk

Ostatnia kwestia to ta, którą już poruszałam na blogu. Ale wiąże się z poprzednią kwestią. Fitness. Wszechobecny. Z jednej strony cieszę się, bo ludzie się ruszają, z drugiej…to wygląda jak sekta. Sama ostatnio też zdecydowanie więcej się ruszam. I pochwalam to, że młode osoby, zwracają wagę na to co jedzą, że uprawiają sport. Ale nie każdy musi być chudy jak badyl. Ja kiedyś taka byłam. 3/4 mojego ciała to były długaśne, chude nóżki. Teraz większą część mojego ciała stanowi zupełnie inna część… Nie mieszczę się w „standardowe” 36 (takie uszyte na prosto…). Aczkolwiek – co ostatnio zauważyłam – wszystko zależy od sklepu i od jego przeznaczenia. Już tłumaczę. Taki Stradivarius na przykład, nie ma szans, żebym weszłam w spodnie o rozmiarze 40. No niestety, jak już łydka wejdzie, to zatrzymuję się w połowie uda…albo kolana. A pójdę do H&M albo TopShop – 36 na spokojnie. A gdzie ubierają się nastolatki? No niby we wszystkich trzech sklepach…a jednak mam wrażenie, że ten pierwszy „troszkę” odstaje…

Co to powoduje? Eskalację dręczenia w szkole. Słyszę różne głosy, obserwuję. Wystarczy, że spojrzycie na blogi, Facebook, Instagram. „Oddaję! Obs za obs!” Dlaczego oni to robią? Bo chcą mieć więcej „lajków”. Chcą pasować, przypodobać się. To teraz stwarza Twój status społeczny. Ilość obserwatorów i serduszek pod zdjęciem. Tak, ja też zwracam na to uwagę, i twarz mi się śmieje, jak widzę ich dużą ilość. Ale tak, jak przy jakimś naprawdę ładnym zdjęciu jakiegoś widoku całkowicie to rozumiem, to gdy 80 osób „lubi” moje selfie…zaczynam czuć się dziwnie. Wcale nie lepiej. Właśnie wtedy odczuwam jeszcze bardziej skutki obecnych czasów. Ludzie oceniają to, jak wyglądasz, Twoje zdjęcia. Nawet po tym, co jesz, czy gdzie chodzisz. Nie wiedząc naprawdę kim jesteś. I niech mi tu nikt nie wmawia, że nie ocenia ludzi po wyglądzie. Chyba, że jest niewidomy. I nie obrażam tutaj nikogo. Czasami zazdroszczę tym ludziom. Oni naprawdę poznają człowieka, jego wnętrze. Sposób w jaki mówi, a nie to jak wygląda. Sama też tak oceniam ludzi i nie jestem z tego dumna. I już nie raz przekonałam się, że nie ważne jak wygląda dana osoba – może się okazać Twoim najlepszym przyjacielem.

Podsumowując…

ScreamŹródło: http://www.allisonandbusby.com

Czy jesteście w stanie się „wylogować”? Nie przeglądać Facebooka co 5 minut? Zostawić na jeden dzień telefon w domu i wyjść bez niego? Zobaczyć świat? Może uświadomicie sobie, że zapomnieliście jak wygląda realny świat. Ostrzegam – może się zdarzyć, że będziecie jedną z niewielu osób w mieście bez telefonu w dłoni. Usiądźcie w jakimś przyjemnym miejscu, obserwujcie ludzi. Warto.

Cieszę się, że blogi istnieją. Można się na nich czegoś ciekawego dowiedzieć. Poznać pasje różnych ludzi, z najróżniejszych zakątków świata. Tylko sami musicie dokonać wyboru treści, które mają do Was trafić. Czy poświęcicie swoje popołudnie na oglądanie 20 zdjęć tych samych butów, a może zajrzycie na bloga, który opowiada o czyjeś walce z przeciwnościami, żeby zrozumieć, jakie macie szczęście?

Wszystkim blogerom życzę samych sukcesów, ale uważajcie na siebie. Internet wciąga i jest bezlitosny. Nie zatraćcie się. Powiedzcie znajomym, że jeżeli kiedyś zapomnicie kim naprawdę jesteście i zaczniecie się sprzedawać, to mają Was mocno kopnąć w „cztery litery”. Moi o tym wiedzą. Pozostańcie prawdziwi, to ludzie w Was uwierzą. Sama to widzę.

Dziękuję wszystkim za wsparcie. Każde polubienie posta, to taki mały znak, że ktoś to czyta – czyli może mu to pomaga. Może po to właśnie powinny istnieć blogi? Żeby pomagać i dawać radość.

Tak właśnie mnie naszło w ostatnim czasie.

Udanego nadchodzącego tygodnia!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s